Zderzak
Jestem bezdomny. Czasami, idąc zatłoczonymi ulicami, mam ochotę
usiąść pod kościołem i wyciągnąć do przechodniów rękę.
Innym razem pragnę zawinąć się w karton i zasnąć na dworcowej
ławce. Poczuć drewniane deski wbijające się w plecy i zimno
przeszywające ciało. Chciałbym śmierdzieć. Zarosnąć tak, że
spod gęstej brody i długich włosów wystawałyby mi tylko przepite
oczy i perkaty, czerwony nos. Ucieszyłbym się, widząc długie
paznokcie, spod których brud sypie się przy każdym gwałtownym
ruchu. Takie dłonie są potrzebne do wygrzebywania z ziemi
zmaltretowanych niedopałków. A wszy…
Jezu, jak ja chciałbym
mieć wszy. Niestety, w zamian za to mam mieszkanie. Piękne,
urządzone na bogato, w nowoczesnym stylu. Mam też psa, rasowego
kundla. Myję się każdego dnia, chodzę w czystych, wyprasowanych
ubraniach, kocham się cztery razy w tygodniu i codziennie mam się
do kogo przytulić. Moja dziewczyna jest wspaniała.
Jest jak
lalka Barbie, która potrafi gotować, mówić i ruszać
tyłkiem.
Oddałbym wszystko za dom.
– Dom
to nie miejsce, lecz stan… – słyszę Nosowską śpiewającą z
trzeszczących głośników golfa.
Wyłączam radio i ten ruch
mnie gubi. W ostatniej chwili kątem oka widzę, że coś stoi na
drodze. Wduszam gwałtownie hamulec. Szyby dudnią, opony piszczą i
rozlega się huk jak przy wystrzale.
Gaszę silnik, rzucam okiem
we wsteczne lusterko – pusto.
Znowu kogoś, kurwa,
przejechałem.
Wszystko przez to, że za dużo myślę o głupotach
i rozczulam się nad sobą. Powinienem z tym skończyć.
Spoglądam
przed siebie, próbując dojrzeć, co leży przed maską. Niestety, z
tej perspektywy niczego nie widzę. Pięknie, myślę, nie ma to jak
dobrze zacząć pierwszy dzień powrotu do normalności. Po prostu
pięknie.
Odpinam pasy i wychodzę z samochodu. Wita mnie wilgotny
podmuch wiatru, który łopocze moim dresem. Biorę haust powietrza,
przygotowując się na najgorsze, po czym szybko skaczę przed
maskę.
– Jezu, kurwa, mój samochód! –
podnoszę dłonie zaciśnięte w pieści, jakbym chciał komuś
wtłuc.
Po chwili dziwię się sam sobie. Przecież to tylko golf
– zwykły, ukochany pojazd. Natomiast zwłoki ogromnego psa leżące
przede mną powinny robić wrażenie. Asfalt jest śliski od krwi.
Robię krok i ledwo utrzymuję równowagę.
Miałem kiedyś
podobnego zwierzaka. Piękna, wielka suka z rodziny bernardynowatych,
która nosiła mnie i moich braci na grzbiecie w czasach, kiedy sam
więcej chodziłem na czworaka niż na dwóch nogach. Bawiliśmy się
z nią całymi godzinami, notorycznie ciągnąc za futro, szczypiąc
i gryząc. Nigdy nic nam nie zrobiła. Pamiętam, że bardzo ją
lubiłem. Zastanawiam się, czy nie kochałem jej bardziej niż
własnej mamy.
Tak – wtedy jeszcze „mamy”, lecz z biegiem
lat i z kolejnymi wypitymi butelkami spirytusu zamieniała się w
„matkę”, „starą”, a wreszcie „Danutę”.
Nie mogę
powiedzieć, że w domu się nie przelewało. Taniej wódki zawsze
starczało dla wszystkich. Lała się strumieniami. Sąsiedzi
nazywali nasz dom wodospadem Niagara, a ja nie wiedziałem dlaczego.
Z początku cieszyło mnie to – zostaliśmy w jakiś sposób
wyróżnieni, lecz w wieku szkolnym zmieniłem zdanie; zrozumiałem.
Posmutniałem, przycichłem, bałem się spojrzeć rówieśnikom
w
oczy.
Ojciec mniej pił, więcej bił i nie potrafił okazywać
uczuć. Czasami mam wrażenie, że to wszystko przez niego. Wolę
myśleć, że zapyziały Mirek spotkał Dankę i żyło się im źle,
niż że picie połączyło ich jak obrączki. Nie wyobrażam sobie,
że w dzień ślubu rzucili niedbałe: „w trzeźwości i
nietrzeźwości”, po czym zadowoleni ze swojego towarzystwa poszli
w weselne tango.
Któregoś dnia Sonia, nasz pies, nie wróciła z
nocnych harców. Czekałem cały dzień na drewnianym tarasie i ze
smutkiem wpatrywałem się w dal. Mijały godziny, a nadzieja malała,
znikając w końcu jak słońce za horyzontem. Moi starsi bracia nie
przeżywali tego tak mocno. Z początku się denerwowali, ale szybko
przywykli do straty.
Ja nie jadłem przez trzy dni. Apetyt wracał
powoli, jakby wcale nie chciał. Mieliśmy wiele wspólnego; on nie
chciał wrócić, ja żyć, a działo się zupełnie inaczej.
Dni
uciekały, ojciec z matką opróżniali butelki, bracia bili się z
kolegami, a ja siedziałem w pokoju i malowałem. Na żółtych
kartkach pojawiały się koślawe psy. Małe, duże, w łatki i
jednolite. Jeden rysunek przypadł mi najbardziej do gustu;
przedstawiał brązowego bernardyna z kilkunastoma małymi
szczeniakami.
Tworzyłem dziennie kilka prac i obklejałem nimi
ściany. Początkowo wszystkim się podobało, nawet ojciec pochylał
się nad moją głową i wyraźnie czułem alkoholowy wyziew, kiedy
mówił:
– Ładne. Nie martw się. Znajdę ci
nowego.
Wszystko było w porządku, dopóki w euforii
przygnębienia nie oblepiłem całego pokoju. Przeniosłem się wtedy
na korytarz, do kuchni i łazienki. Wszędzie były koślawe
czworonogi i podobno tego było już za wiele.
–
Kurwa mać! Ile tego gówna żeś nabazgrolił? – krzyczała
matka, zrywając rysunki z lodówki.
Odbijała się później od
ściany do ściany i niezgrabnymi ruchami próbowała zdzierać
kartki. Marnie jej to szło.
Jak całe życie.
Jedyne, do czego
przykładali się rodzice, nie licząc picia, to religia. Ciągali
nas i siebie nawzajem do kościoła, pilnowali, byśmy chodzili na
katechezę i przyjmowali komunię. Chyba bali się księdza. Nieraz
słyszałem, jak siwy kaznodzieja podczas kolędy krzyczy na nich,
mówiąc coś o braku wychowania, o złych warunkach życia i o nas.
Wtedy chciałem, aby dał im spokój, bo zawsze, gdy wychodził, pili
dwa razy więcej i czasami nie wstawali z łóżka przez kilka dni.
Sikali pod siebie, rzygali po kątach i ślinili całą podłogę.
Wrzeszczeli i próbowali bić nas za byle głupstwa, lecz byli zbyt
pijani, żeby w ogóle nas gonić. Baliśmy się, że za ucieczkę
dostaniemy mocniej, lecz kolejnego dnia już o niczym nie
pamiętali.
Zacząłem modlić się o Sonię. Chciałem tego
cholernego psa z całych dziecięcych sił. Nie była to fanaberia
malucha ciągnącego matkę za rękę. Uwiesiłem się na ramieniu
Boga i obiecałem sobie, że nie puszczę, choćby się
wyrywał.
Nawet nie drgnął. Wisiałem tak przez miesiąc, aż
wreszcie przyszedł.
Jezu, myślę, muszę coś z tym zrobić.
Spoglądam na rozjechane zwierzę i nadal nie wiem, co bardziej mnie
przeraża – rozbebeszony pies czy zmiażdżony zderzak. Słyszę
zbliżające się samochody. Niedługo tu będą, a ja, zwłoki i
golf tarasujemy ulicę. Jeszcze pomyślą, że strajk robię.
Głupia
myśl. Jaki, kurwa, strajk? „Zabijcie wszystkie psy, bo przynoszą
pchły”? Zwierzęta są po to, żeby je jeść!
Schylam się,
kości mi trzeszczą i coś łupnęło w stawie. Jestem młody i
stary jednocześnie. Wszystko przez siedzący tryb życia. Łapię za
to, co zostało z psa, i ciągnę na pobocze. Zostawiam krwawy ślad
na asfalcie, jakbym przejechał po nim wielkim pędzlem. Włochatym,
skundlonym pędzlem. To wszystko przez niego. Dobrze mu
tak.
Siedziałem w pokoju i odrabiałem lekcje. Lekko znudzony,
jak to dzieciak, patrzyłem za okno. Takich dni się nie zapomina.
Pamiętam, że głośno ćwierkały ptaki, niebo było prawie
bezchmurne, a stara Kowalczykowa rozwieszała białe pranie na
podwórku. Kusiło mnie, żeby wyjść z domu i pobawić się z
kolegami, lecz już wtedy matematyka była dla mnie priorytetem.
Zostałem więc i szlifowałem tabliczkę mnożenia. Gdy tylko
oderwałem wzrok od wolności po drugiej stronie szyby, usłyszałem
szczeknięcie. Właściwie szczeko-ryk, który podniósł mnie do
pionu i oblał ciało potem; nawet oczy zaczęły się pocić. Znowu
wyjrzałem przez okno i zobaczyłem siwobrodego starca o dumnej
posturze, w białym fraku, który na smyczy trzymał Sonię. Pies
merdał wesoło ogonem na widok domu. Był nieco grubszy, a jego
sierść lśniła jak nigdy. Chyba ktoś go wykąpał.
Podekscytowany
zbiegłem na dół przywitać Boga.
– To twój
pies? – zapytał, gdy stanąłem przed Nim zapłakany.
Pokiwałem
głową.
– Proszę – podał mi
smycz.
Wyciągnąłem powoli rękę i zacisnąłem na skórzanym
pasie zdrętwiałe z przejęcia palce.
– Pilnuj
ich – rzucił i odszedł wolnym krokiem w stronę wsi.
Nie
odezwałem się ani słowem. Stałem i odprowadzałem Boga wzrokiem,
dopóki nie zniknął za zakrętem. Dopiero wtedy rzuciłem się na
psinę i przywarłem do niej mocno.
Wróciłem do domu z uśmiechem
na ustach. Teraz uważam, że tylko dzieci potrafią się prawdziwie
cieszyć. Chyba już nigdy nic innego w moim życiu nie rozweseliło
mnie tak bardzo. Pamiętam, że chciałem pokazać psa rodzicom, ale
stwierdziłem, że przecież i tak nie pamiętają o jego zniknięciu.
Budzili się każdego dnia, machinalnie wrzucali resztki jedzenia do
miski, gwizdali na niego, po czym sięgali po wyborową. Nawet kiedy
rankiem pytali: „gdzie jezd Shoonia?”, a ja im odpowiadałem, że
psa nie ma od tygodni, to i tak budzili się z tabula rasa zamiast
mózgu.
Nic nie pamiętali.
– Z… z…, z
kim rozmawiałeś? – wyjąkała matka, kiedy przekroczyłem próg
domu.
Stała oparta o ścianę z rękami skrzyżowanymi na piersi.
Kołysała się lekko na boki.
– Z Bogiem –
wykrztusiłem i chciałem pobiec do swojego pokoju.
Niestety, w
przejściu stanął ojciec i wraz ze swoim czerwonym nosem zagrodził
mi drogę.
– Gdzieś był z tym kundlem? –
zapytał, a ja się zdziwiłem, dlaczego tak wyraźnie to
zabrzmiało.
– Nigdzie, ja…
–
Kurwa, przecież ona będzie się szczenić! – przerwał mi
ojciec, waląc pięścią w ścianę.
Uśmiechnąłem się, bo
lubiłem psy. Szczególnie te małe, ślepe i piszczące, wiecznie
poszukujące cycka do ssania. Do dzisiaj trochę im zazdrościłem,
ponieważ ja w ich wieku zamiast mleka z matczynej piersi ciągnąłem
drinka. Nagle mina mi zrzedła. Spojrzałem na ojca, który łypał
na Sonię, i zobaczyłem w jego oczach coś niedobrego. Przyciągnąłem
zwierzę do siebie i zacisnąłem piąstki.
– Na
górę – rozkazał krótko i uderzył mnie otwartą dłonią w
potylicę.
Wbiegłem do pokoju i zamknąłem za sobą drzwi.
Dyszałem ciężko, a zadowolony pies merdał wesoło ogonem. Nie
zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji. Bałem się i nie wiedziałem,
jak przekonać Sonię, żeby też się bała. Przecież powinna się
bać, jeśli chce być na wszystko przygotowana. Próbowałem coś
mówić, trochę straszyć i płakać, ale nie dała się przekonać.
Natomiast ja wreszcie uległem jej dobremu humorowi i zacząłem się
bawić, biegając za nią po całym pokoju. Nie mogłem się
doczekać, aż powiem braciom, że wróciła. Niestety, musiałem
wytrzymać z tą dobrą nowiną do następnego dnia, gdyż rodzeństwo
poszło spać do znajomych mieszkających po drugiej stronie wioski.
Nie mogłem aż tak daleko sam się zapuszczać.
Spędziłem z
Sonią cały dzień. Na początku w domu, później wymknęliśmy się
po cichu na dwór i tam skakaliśmy po zarośniętym ogrodzie.
Zwierzę, z wiadomych względów, ruszało się trochę opornie. W
końcu zmęczeni legliśmy na tarasie. Przykryliśmy się kocem,
który robił za kojec dla psa, i zasnęliśmy. Przynajmniej ja, za
Sonię nie mogę ręczyć.
Obudził mnie przeraźliwy skowyt.
Dzień chylił się ku końcowi. Nadal leżałem na niewygodnych
deskach, a komary stwierdziły, że zrobią sobie ze mnie ucztę.
Wstałem i machnąłem rękami, odpędzając krwiopijców. Owady
latały wokół mojej głowy, zataczając się w powietrzu, i mogłem
przysiąc, że wcześniej nażarły się krwi starych, a teraz
odtańcowują pijackie tango. Kolejny pisk podziałał na mnie
otrzeźwiająco.
Rozejrzałem się dookoła i nie znalazłem Soni.
Wystraszony wybiegłem na ulicę w poszukiwaniu psa. Wtedy usłyszałem
rozpaczliwy jazgot. Później nastała cisza. Płakałem, wołałem i
gwizdałem na zmianę. Miotałem się jak opętany od ulicy do domu,
tam i z powrotem. Pomyślałem, że może jest za domem i pognałem
tam.
Była. Leżała na środku trawnika niedaleko drewutni.
Merdała ogonem, trochę słabo, jakby jej sił zabrakło. Zbliżałem
się powoli, nie potrafiąc złapać tchu. Zapadający zmierzch
rzucał cienie i przez chwilę niczego nie mogłem dostrzec, w
dodatku trawnik otuliła delikatna mgła, typowa dla tej pory roku. W
końcu zobaczyłem krew. Wszystko wokół było czerwone i lepkie.
Ciche i nieruchome. Kłęby sierści podrygiwały lekko na wietrze, a
merdający ogon okazał się tylko zwykłym źdźbłem trawy. Strzępy
futra rozrzucone zostały w promieniu dwóch metrów od ciała –
bordowej mazi, w której jedyne, co mogłem rozpoznać, to
uszy.
Czasami nadal mam to uczucie. Bezradność pomieszana z
żalem i wściekłością. No ale co można zrobić, jak Bóg da ci
szansę, a ty ją spierdolisz? Są dwa wyjścia: albo będziesz pluć
sobie w brodę, albo podniesiesz czoło i wyjdziesz naprzeciw
kolejnej srace, jaką gotuje ci życie. Wtedy podniosłem głowę,
chociaż ledwo wiedziałem, że ją mam. Z biegiem lat okazało się,
iż człowiek jest silniejszy, będąc dzieckiem, niż gdy staje się
dorosły.
Rozejrzałem się i zobaczyłem śpiącego na ganku
ojca, wokół którego było pełno krwi, a ślady wgniecionej trawy
prowadziły od psa do niego. Nie wiem, jak mogłem go nie usłyszeć,
ponieważ chrapał tak, jakby miał za chwilę umrzeć. Zbliżyłem
się i spostrzegłem, że trzyma na kolanach zakrwawioną siekierę.
Zastanawiałem się, co Sonia mu zrobiła i dlaczego tak ją ukarał.
Przecież my zawsze byliśmy gorsi od tego psa, a nam jeszcze nigdy
nie wymierzył takiej srogiej kary. Bardzo chciałem, żeby ta głupia
przegroda nosowa w końcu pękła i żeby się udusił, żeby więcej
nie chrapał.
Otarłem rękawem mokre oczy i wróciłem do
leżących na środku trawnika zwłok. Ojciec budził się, mówił
coś i zasypiał, ale ja go nie słuchałem: po prostu kopałem grób.
W końcu – brudny i zmęczony – pochowałem psa pod lipą.
Dobra,
chyba już nikt nie jedzie. Nareszcie mogę wyjść z tego rowu,
spokojnie wsiąść do samochodu i odjechać. Przecież nikt nie musi
wiedzieć, co się stało. No bo co się stało? Odlać się byłem i
tyle.
Nienawidzę psów.
Wstaję więc z kolan i idę pod
górkę, na tyle wysoką, żebym się zasapał. Kiedy jestem już w
golfie i przekręcam kluczyk, myślę, że bardzo dobrze, iż miałem
zapięte pasy.
Ja miałem, pies nie.
Jadę spokojnie na
uczelnię, a z głośników dochodzą zachrypnięte głosy wykonawców
Nagłego Ataku Spawacza:
– Słońce, plaża,
kolorowe drinki!…
Piotr Sender
Cała powieść dostępna na: http://www.replika.eu/nowosci.php?wyd=1&id3=333&k=