PLENER ZAGUBIONYCH UCZUĆ
by
Michael Tequila
Smashwords Edition
* * * * *
Published on Smashwords by:
Michał Edward Wrzesiński
Plener Zagubionych Uczuć
Copyright 2011 by Michał Edward
Wrzesiński
Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.
Website: www.michaeltequila.com
Email: michaeltequila@michaeltequila.com
Adelajda, październik 2011
All rights reserved. Without limiting the rights under copyright reserved above, no part of this publication may be reproduced, stored in or introduced into a retrieval system, or transmitted, in any form, or by any means (electronic, mechanical, photocopying, recording, or otherwise) without the prior written permission of both the copyright owner and the above publisher of this book.
This is a work of fiction. Names, characters, places, brands, media, and incidents are either the product of the author’s imagination or are used fictitiously. The author acknowledges the trademarked status and trademark owners of various products referenced in this work of fiction, which have been used without permission. The publication/use of these trademarks is not authorized, associated with, or sponsored by the trademark owners.
Smashwords Edition License Notes
This ebook is licensed for your personal use only. This ebook may not be re-sold or given away to other people. If you would like to share this book with another person, please purchase an additional copy for each person you share it with. If you are reading this book and did not purchase it, or it was not purchased for your use only, then you should return to Smashwords.com and purchase your own copy. Thank you for respecting the author’s work.
* * * * *
CONTENTS
* * * * *
Robert rzeźbił kobietę, o której wolałby zapomnieć. Nie mógł jednak zapomnieć, nie potrafił. Nawet nie chciał. Coś trzymało go przy niej, coś, co było silniejsze od niego samego. Julia była mu tak bliska. A przecież nie żyła już od kilkunastu tygodni.
Kiedy myślał o tym wszystkim, co zdarzyło się w minionym okresie jego życia, wracały wspomnienia. Ogarniał go niepokój. Nie rozumiał samego siebie, swojego postępowania. Kochał przecież swoją macochę, żonę ojca.
– To było beznadziejne – pomyślał.
Teraz to było oczywiste, ale nie wcześniej. Jego miłość była spontaniczna, od przysłowiowego pierwszego spojrzenia. Nie wiedział, co to znaczy „od pierwszego spojrzenia”, dopóki jemu się to nie przydarzyło. Od tego czasu oprócz nowych marzeń miał także inne sny: namiętne, pełne pożądania i pasji, a także niepokoju i udręki. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczał. We śnie kochał Julię i kochał się z Julią bez żadnych ograniczeń. Ale to były tylko sny. W rzeczywistości była to miłość platoniczna. Musiała taka być. Chciał to zmienić, ale nie wiedział jak. Bał się, że bezpowrotnie straciłby Julię, gdyby tylko wyznał jej swoje uczucia. Żył w stanie rozdarcia, konfliktu wewnętrznego. Był jak człowiek namiętnie palący papierosy, który ma świadomość śmiertelnego zagrożenia, ale nie potrafi wyzbyć się nałogu. Jego miłość była nałogiem. Było w nim piękno i nieokreślona nadzieja, że coś się zmieni.
Starał się uciekać od bolesnych myśli i przeszłości, i koncentrować na pracy. To przynosiło mu ulgę. Miał szczęście, bo rzeźbienie było jego powołaniem. Dawało mu prawdziwą satysfakcję. Nie bez powodu znalazł się na tym plenerze.
Rano, kiedy zaczął, praca szła mu całkiem nieźle. Zapowiadał się gorący dzień, ale jak na razie pogoda była całkiem znośna. Temperatura sięgała zaledwie dwudziestu sześciu stopni Celsjusza, a on był wypoczęty. Pracował w granicie, materiale wyjątkowo trudnym do obróbki.
„Trzeba rzeczywiście być doświadczonym rzeźbiarzem, mieć za sobą praktykę i dobrą kondycję, aby podjąć się takiej roboty. Co za oporny materiał”– myślał tak, jakby nigdy nie miał do czynienia z granitem i nagle odkrywał jego tajemnicę, której nawet nie przeczuwał.
Wrócił do pracy. Na początku używał młotka pneumatycznego podłączonego do sprężarki, aby nadać surowej bryle kształt, który będzie mógł dalej formować dłutem i zwykłym młotkiem. Nie byle jaki kształt, ale kształt kobiety, która była mu niezwykle bliska. Musiał być uważny, bo obróbka mechaniczna bywa niebezpieczna. Wystarczyłaby chwila nieuwagi lub zmęczenia, aby nastąpił wypadek.
Praca na tym etapie była ciężka, ale odpowiadało to stanowi jego ducha. Chciał dać z siebie wszystko, bo rzeźba miała wyrażać nie tylko skomplikowaną osobowość Julii, ale także uczucia, które do niej żywił. Uczucia, których nie potrafił jej okazać.
Młotek ważył prawie kilogram i samo trzymanie go w ręku wymagało sporego wysiłku, nie mówiąc o uderzaniu nim w dłuto. Z uwagi na szczególną twardość granitu Robert używał dłuta z końcówką tungstenową. Na twarzy miał okulary ochronne, a na ustach maskę przeciwpyłową.
Około godziny jedenastej przerwał pracę. Czuł już, że nie idzie mu dobrze. Nie był w stanie zachować właściwego rytmu. Coraz trudniej było mu utrzymywać dłuto pod kątem około czterdziestu stopni do powierzchni kamienia i uderzać je młotkiem mocno i regularnie. Usiadł przy bryle kamienia, aby odpocząć. Rozmyślał. U jego stóp leżały w narzędzia gotowe do dalszej pracy. Powietrze stawało się parne i duszne, wyraźnie zbierało się na burzę. Od strony południowej nadciągały gęste, skołtunione chmury. Nie było jeszcze południa, a już zanikała jasność dnia.
„Jak można pracować w takich warunkach? Pocę się jak mops, trudno mi się skoncentrować” – usiłował tłumaczyć sobie spadek formy zmianą pogody.
Kątem oka zauważył, że zbliża się do niego krępy mężczyzna w roboczym fartuchu. Przypomniał sobie, że poznał go w dniu otwarcia pleneru rzeźbiarskiego, jednak nie pamiętał jego imienia.
„Głupia sytuacja” – pomyślał. „Na pewno chce o czymś porozmawiać, a ja nie mam pojęcia, jak się nazywa. Chyba Lucjan?” Pamiętał, że wszyscy przedstawiali się, ale tego dnia poznał tylu ludzi, że ich imiona mu się mieszały, nie mówiąc o nazwiskach. Nie miał daru łatwego zapamiętywania twarzy i kojarzenia z nimi imion i nazwisk. Potrzebował spotkać daną osobę co najmniej kilka razy, aby trwale ją połączyć z jej imieniem i nazwiskiem.
Problem rozwiązał się sam. Mężczyzna podszedł na odległość kilku kroków. Najpierw przyjrzał się bryle kamienia, a potem spojrzał na siedzącego.
– Cześć Robercie! Patrzę i zachwycam się: piękny materiał, nietypowe kolory i faktura. Widzę, że jesteś dopiero na początku. Mnie jakoś dzisiaj też nie idzie. Nie wiem dlaczego. Chyba wypiłem wczoraj za dużo piwa. – Uśmiechnął się przyjaźnie.
– Może sobie przypominasz, poznaliśmy się w pierwszym dniu pleneru, wieczorem, na spotkaniu w pubie. Na imię mam tak jak ty, ale tak naprawdę to nazywają mnie Fotograf – dodał, dostrzegając niepewność na twarzy rozmówcy.
– A, tak. Teraz sobie przypominam: Fotograf. Masz ciekawe przezwisko! – Robert ucieszył się pomyślnym obrotem sprawy.
– Jakoś tak przylgnęło do mnie. Chyba dlatego, że patrząc na to, co rzeźbię, staram się ujrzeć to w perspektywie. Czasem patrzę na obiekt poprzez dłonie złożone w ramkę tak, jak to robią fotografowie czy operatorzy filmowi. Przyzwyczaiłem się już, że tak mnie nazywają. Raz czy dwa razy wynikły z tego zabawne historie. Ludzie mają czasami wrażenie, że rzeczywiście jestem fotografem, a rzeźby widzę tylko przez obiektyw aparatu – przybyły wyglądał na rozbawionego historią własnego przezwiska.
Jeszcze raz popatrzył na bryłę kamienia.
– Widzę, że nie pracujesz. Chyba nie brakuje ci motywacji? Jak ci idzie?– pytania nie miały większego znaczenia, były jedynie zachętą do dalszej rozmowy.
Robertowi przypadł do gustu żartobliwy ton i sposób mówienia kolegi po fachu. Cenił ludzi, którzy umieją zachować dystans do siebie, pracy, sukcesów i niepowodzeń.
– Marnie – odpowiedział, krzywiąc się. – To chyba ta parszywa pogoda. Jestem spocony jak mysz przy porodzie, choć nie wysilam się nadmiernie. Dobrze, że przyszedłeś, to przynajmniej mam szansę wyrwać się z letargu.
– O, to dobrze się składa, bo ja właściwie przyszedłem z prośbą – zawahał się chwilę niezbyt pewny, czy krótka znajomość upoważnia go do proszenia o przysługę.
– Dopiero wczoraj rozpakowałem i przejrzałem moje rzeczy. Najpierw zajrzałem oczywiście do narzędzi. Nie mogę znaleźć dużego dłuta. Akurat tego, którego najbardziej potrzebuję. Nie wiem, co się z nim stało. – Fotograf wyglądał na zmartwionego.
– Czy w tej sytuacji mógłbyś mi pożyczyć jakieś większe dłuto? Tylko na dwa dni. – Głos pytającego wyrażał nadzieję otrzymania pozytywnej odpowiedzi.
– Nie ma problemu. Mam kilka dłut. Chętnie pożyczę ci jedno. Ale mam je u siebie w pokoju. Musisz pójść tam ze mną, w porządku?
Rozmowę przerwał głuchy grzmot. Zwrócili głowy w kierunku, skąd dochodził. W oddali pojawiła się błyskawica, a kilkanaście sekund później usłyszeli drugi grzmot. Na horyzoncie widoczne były ciemne smugi ciągnące się od skłębionych chmur ku ziemi.
– Idzie duży deszcz – powiedział z przekonaniem Robert i odruchowo wciągnął do płuc powietrze, aby poczuć świeżość zbliżającej się burzy.
– Lubię czas przed burzą. To mnie dobrze nastraja. Ożywiam się. Ale dzisiaj chyba nie mam co liczyć na ożywienie, bo deszcz, wiatr i wyładowania atmosferyczne to nie są warunki do pracy na otwartej przestrzeni. Wszystko dobrze tu zorganizowano, z wyjątkiem pogody. Co za ludzie? Że też o tym nie pomyśleli o tym? – zażartował Robert.
Mężczyźni zaśmieli się.
– Popatrz, inni też się zbierają. Chyba ta mądrość zbiorowa coś nam podpowiada? – zasugerował Fotograf. – Większość pójdzie teraz do pubu, bo jeszcze jest za wcześnie na kolację. Myślę, że i my możemy tam zajrzeć – zaproponował, patrząc w stronę budynku.
Pub, podobnie jak restauracja i hotel, mieścił się na parterze dawnego spichlerza. Niegdyś należał do majątku, który przekazano w darowiźnie Centrum Rzeźby Współczesnej. Pub i hotel nosiły początkowo tę samą nazwę „Royal”, niezbyt fortunną, gdyż wprowadzała w błąd rzeźbiarzy i gości plenerowych. Zmiana była konieczna. Nazwa „Royal” pozostała przy pubie, hotel przemianowano na „Kukabura”. Jego pokoje znajdowały się na pierwszym piętrze bardzo starego budynku. W Centrum Rzeźby Współczesnej wszystko było historyczne: zabudowania, pomieszczenia, park, drogi, a szczególnie panująca w nim atmosfera.
Wejście do pubu rzucało się w oczy. Ramy drzwiowe omalże promieniowały żywym, bordowym kolorem, podobnie jak i okno z lewej strony. Było ono nieproporcjonalnie duże w porównaniu z pozostałymi oknami budynku. Bezpośrednio nad drzwiami znajdowało się mniejsze okno, jedno z wielu ciągnących się na tym samym poziomie wzdłuż frontowej części budynku. Po lewej stronie okna znajdowała się wielka, kolorowa reklama Guinnessa, przedstawiająca wóz konny rozwożący piwo. Podobnej wielkości obraz po prawej stronie przedstawiał kukaburę, symbol hotelu, ptaka popularnego w tym rejonie, znanego z szyderczego śmiechu.
Po wejściu do pubu obydwaj mężczyźni potrzebowali kilku chwil, aby przyzwyczaić oczy do panującego wewnątrz mroku. W lewym rogu sali, patrząc od wejścia, wisiał na ścianie duży, płaski ekran telewizyjny. Relacje z imprez sportowych stanowiły ważną część życia bywalców tego przybytku. Można było tu także zarezerwować pokój hotelowy.
Uczestnicy pleneru traktowali „Royal” jako stałe miejsce spotkań i klub dyskusyjny. Wewnątrz było już sporo osób. Większość siedziała przy stolikach i rozmawiała między sobą, popijając piwo, wino lub mocniejszy alkohol. W sali były tylko trzy kobiety. Dwie z nich grały w bilard razem z kolegami.
Zawód rzeźbiarza nie jest nadmiernie sfeminizowany – przeszło przez myśl Robertowi. W grupie obecnych rozpoznał samych uczestników pleneru. Stanowili regularną klientelę pubu w dniach, kiedy odbywały się zajęcia na placu rzeźb lub w atelier rzeźbiarskich.
Mężczyźni usiedli w głębi sali, w kącie koło okna, przy małym dwuosobowym stoliku i zamówili piwo.
Ktoś musiał zacząć rozmowę.
– Co ty właściwie rzeźbisz, Robercie?. Wiem, że to będzie rzeźba figuratywna, ale jaka? Kogo lub co ma przedstawić? Coś symbolicznego? – pierwszy odezwał się Fotograf, zadając od razu kilka pytań.
Rozmówca nie za bardzo chciał odpowiadać na te pytania ani w ogóle rozmawiać na ten temat. Nie wypadało mu jednak nie odezwać się w ogóle. Ostatecznie pytania nie były zbyt prywatne.
Skoro pracuję na otwartej przestrzeni, każdy chyba ma prawo interesować się tym, co ma powstać z bryły kamienia. Twórca musi być przygotowany na pytania dotyczące jego dzieła – pomyślał, zanim odezwał się. Nie śpieszył się z odpowiedzią, zastanawiał się nad słowami. Nie chciał powiedzieć za dużo.
– Zamierzam odtworzyć postać żony mojego ojca, mojej macochy. Zmarła tragicznie kilkanaście tygodni temu i ojciec prosił mnie, bym ją wyrzeźbił. Właściwie to namówił mnie, bo sam się do tego nie rwałem – niechętnie wyjaśniał okoliczności podjęcia się pracy.
– Dlaczego nie chciałeś tego zrobić? Miałeś wykonać robotę za darmo? Czy może macocha była wredna, jak to czasami bywa? – Fotograf był szokująco bezpośredni. Nie martw się. To się zdarza. Nie byłbym zdziwiony, gdyby cię to spotkało. A może była wyjątkowo brzydka? – zażartował, prawie natychmiast żałując tego, co powiedział. „Mówienie źle o kobiecie, która niedawno zmarła, nie jest w dobrym tonie. De mortuis aut bene aut nihil. „O zmarłych albo dobrze, albo wcale” – przypomniał sobie łacińską sentencję. „Właściwie to nie łacińska maksyma, tylko starogrecka” – pomyślał.
– Nieee... Robert zaczął z wahaniem – wręcz przeciwnie, była młoda, piękna i bardzo miła. Ojciec miał wyjątkowe szczęście, że ją spotkał – dodał z nutą przygnębienia. Między nami wszystko układało się bardzo dobrze.
– Naprawdę? Jeśli tak, to dlaczego wahałeś się podjąć wykonania rzeźby? W czym był problem?
Robert milczał. Naprawdę nie miał ochoty nic więcej mówić. Zbył pytania krótkim stwierdzeniem:
– Po prostu nie chciałem. Nie czułem, że to praca dla mnie. – Po wyrazie jego twarzy widać było, że nie ma zamiaru dalej o tym dyskutować.
– Przepraszam cię, ale nie chcę już o tym rozmawiać. Pomówmy o czymś innym – ton jego głosu wyraźnie wskazywał, że nie będzie kontynuować tego wątku. Rozmowa zeszła na temat pleneru i doświadczeń z poprzednich warsztatów.
Wyszli z pubu prawie o dziewiętnastej, w czasie kolacji. Podawano ją w niedaleko położonej restauracji „Nova”. Od kilku lat na zlecenie organizatorów przygotowywano tu – oprócz dań z karty – standardowe kolacje dla uczestników warsztatu. Było to proste i dogodne rozwiązanie nie tylko dla nich. Kolacje okazały się tak dobre i w tak rozsądnej cenie, że większość rzeźbiarzy nabywała bony niezależnie do tego, czy mieli opłacony pobyt, czy też przebywali w ośrodku na własny koszt. Podobnie jak pub „Royal”, restauracja „Nova” była także miejscem regularnych spotkań plenerowców. Właściciel restauracji był zachwycony takimi klientami, gdyż przyciągali lokalnych mieszkańców i turystów.
– Nie tylko miłośnicy sztuki cenią atmosferę posiłku w miejscu, gdzie dyskusje o sztuce są czymś zwyczajnym. Niektórych przyciąga tu okazja spotkania ludzi o nazwiskach znanych w świecie artystycznym. A jeśli nawet nie są znane, to mają szansę stać się głośne – wyjaśniał właściciel swojemu personelowi, od którego oczekiwał więcej niż tylko dobrej obsługi klienta.
– Aby doskonale obsłużyć klienta, musicie znać jego potrzeby, motywacje i pragnienia. Klient nie przychodzi tutaj, aby tylko zjeść i się napić. Przychodzi, aby poczuć się tutaj dobrze, poznać interesujących ludzi, ich poglądy, idee, marzenia. Otrzeć się o tych, którzy odnieśli sukces – rozpędzał się niekiedy nadmiernie w swej gorliwości dzielenia się entuzjazmem.
Uczestnicy warsztatów, którzy mieli stypendium miasta Alawer, musieli obowiązkowo uczestniczyć w zajęciach od poniedziałku do piątku. W sobotę pracowali tylko ci, którzy mieli na to ochotę. Niedziele były wolne dla wszystkich. Wielu uczestników wyjeżdżało na ten dzień. Robert był gotów do wyjazdu w sobotę już wczesnym popołudniem. Pogoda była idealna na motocykl, był przecież luty, koniec lata na półkuli południowej.
– Chętnie cię zabiorę, jeśli jedziesz w tym samym kierunku – zaproponował Fotografowi, który przyglądał się jego przygotowaniom do wyjazdu. Znajdowali się przed hotelem, w którym byli zakwaterowani.
– Nie mogę, mam jeszcze do załatwienia kilka drobnych spraw w biurze organizacji pleneru. Sobota to dobry dzień. Biuro jest otwarte i będą mieli dla mnie więcej czasu. Wyjadę za dwie godziny. Mam dobre połączenie. Ktoś mnie podrzuci na stację kolejową. Kilka osób z pleneru odjeżdża tym samym pociągiem. Nie martw się o mnie i baw się dobrze.
– W porządku – odpowiedział Robert. Tracisz wspaniałą okazję jazdy motocyklem. Nie ma nic piękniejszego, tym bardziej, że to ja prowadzę. W tym też jestem artystą: prowadzę bardzo dobrze i szybko. Albo może inaczej: dobrze i bardzo szybko. Dostarczam pasażerom masę niezapomnianych wrażeń i to tak intensywnych, że niektórzy pasażerowie czy raczej niektóre pasażerki po przejażdżce zrywały ze mną znajomość – zaśmiał się serdecznie na wspomnienie wydarzenia, które stanęły mu przed oczami jak żywe.
– Jedna powiedziała mi prawdziwie zachwycona: „Robercie, to była nasza ostatnia wspólna wycieczka. Dała mi wspaniałą okazję poznania ciebie. Dziękuję ci za tę przyjemność. Znajdź sobie inną ofiarę. Cenię moje młode życie, więc powiem ci tylko: żegnam.
– Tak mi powiedziała, wyobraź sobie – zwrócił się do kolegi, gestykulując rękami, by pokazać, jak rozegrała się opisywana scena pożegnania.
– Ty nie musisz się martwić, z tobą pojechałbym wolniej. Nie muszę ci imponować. No i nie jesteś tak urodziwy jak moje pasażerki. – Zrobił poważną minę, założył ochronny kask na głowę, pomachał Fotografowi ręką, po czym uruchomił silnik. Chwilę potem już tylko smuga kurzu wisiała nad drogą.
„Chyba rzeczywiście jeździ jak wariat. Może to i dobrze, że z nim nie pojechałem. Wolałbym nie dziękować mu tak jak tamta dziewczyna” – fotograf zamyślił się na chwilę, zanim ruszył spacerowym krokiem w kierunku biura.
* * * * *
Z pozoru mało ważne wydarzenia potrafią skomplikować życie. Tak było i tym razem.
Andrzej Glas siedział w swoim gabinecie usytuowanym w południowej, chłodniejszej części domu. Zrobił krótką przerwę w pracy, aby oczy odpoczęły od ekranu komputera. Patrzył przez okno na eukaliptus, którego liście zielonkawo połyskiwały w słońcu.
„Przyjemnie jest posiedzieć w chłodzie w gorący dzień i patrzeć na zieleń” – pomyślał. „Jakie to dziwne. Europejczykom południowa strona domu kojarzy się ze światłem i słońcem, u nas strona słoneczna jest od północy. Kto by pomyślał, że to kwestia położenia względem równika. My patrzymy na słońce od strony bieguna południowego, a oni od północnego” – przypomniał sobie rozmowę z przyjacielem urodzonym i mieszkającym w Europie, który nie mógł wyobrazić sobie, że słońce może przesuwać się po północnej stronie nieba.
Przerwał rozmyślania. Miał do skończenia ważny fragment dużego projektu architektonicznego. Śpieszył się, bo chciał zdążyć na dziennik telewizyjny. Miał wyrzuty sumienia wobec żony. Był w domu, ale nie razem z nią. Naszła go nieoczekiwanie myśl, że nie jest dobrym mężem.
Często myślę o Julii, ale tak naprawdę poświęcam jej mało czasu. Chciałbym być z nią częściej, ale jak to zrobić? Prowadzenie firmy absorbuje mnie całkowicie. Właściwie to widzimy się najczęściej w towarzystwie innych osób: na imieninach u przyjaciół, oficjalnych przyjęciach, od czasu do czasu w kinie lub teatrze – zdał sobie sprawę, że Julia nigdy nie skarżyła się na samotność. Niekiedy tylko wyrażała pragnienie bycia tylko z nim, ale nie razem z innymi ludźmi.
Swoją rzadką obecność Andrzej starał się rekompensować żonie wyszukanymi upominkami, o których wiedział, że sprawią jej przyjemność. Mogła to być biżuteria, perfumy, oryginalny bibelot zdobiący mieszkanie, jakiś elegancki ubiór. Chętnie też przyjmował zaproszenia na oficjalne przyjęcia i imprezy. Wybierał je starannie. Było w tym trochę egoizmu, gdyż miał przyjemność pokazywać się z dużo młodszą, piękną żoną. Komplementy ze strony innych osób sprawiały mu przyjemność. Nade wszystko Andrzej cieszył się, kiedy widział radość w oczach i uśmiechu samej Julii, której przebywanie w eleganckim towarzystwie, wśród znanych osób sprawiało prawdziwą przyjemność. Obecność męża przy boku zwiększała jej pewność siebie i zapewniała poczucie bezpieczeństwa. To było dla niej szczególnie ważne.
Jego rozmyślania przerwał telefon. Z niechęcią podniósł słuchawkę. Nie miał czasu na rozmowy. Dzwonił przyjaciel, by porozmawiać o sprawach biurowych i zawodowych. Przywitali się i wymienili zdawkowe uprzejmości.
– Jurku, muszę naprawdę cię przeprosić – przerwał Andrzej po dwóch czy trzech zdaniach. Chętnie z tobą porozmawiam, ale później, około dziesiątej. Zadzwonię do ciebie. Nie gniewaj się. Po prostu bardzo się śpieszę – usprawiedliwiał się z poczuciem winy, gdyż nie dalej jak wczoraj zachęcał go, aby dziś zadzwonił.
– Kończę pilny projekt, a za dziesięć minut rozpoczyna się dziennik telewizyjny. Muszę go obejrzeć. Ciebie też może to zainteresować. Będą mówić o projekcie nowego prawa budowlanego, które zmienia niektóre zasady projektowania domów mieszkalnych. To dla mnie bardzo ważne.
– Widzę, że rzeczywiście nie masz czasu. Dobrze, że jesteś szczery. Cenię to w tobie. Może zadzwonisz do mnie, kiedy będziesz już wolny? Ale nie później niż o 22! Dobrze? – zaproponował głos w słuchawce.
– Zadzwonię na pewno, sam przecież chciałem z tobą rozmawiać – ucieszył się Andrzej. Czyli do usłyszenia za około dwie godziny. To na razie – dodał i natychmiast odłożył słuchawkę.
W salonie Julia i Robert oglądali telewizję. Nadawano program edukacyjny o wpływie człowieka na przyrodę.
– Wiesz, to jest naprawdę ciekawe – Julia odwróciła się na moment od ekranu w stronę Roberta. Najbardziej intryguje mnie, a zarazem trochę przeraża, teza autora programu, że ludzkość niezależnie od podejmowanych wysiłków nie jest w stanie powstrzymać degradacji środowiska naturalnego. Niszczenie środowiska będzie trwało tak długo, jak długo będzie zwiększać się liczba ludzi na świecie, bo wraz z nią wzrastać będzie ilość i rozszerzać zakres społecznych potrzeb do zaspokojenia.
– Co on miał na myśli, mówiąc o tych potrzebach? – zapytał Robert. – Nie zwróciłem uwagi na ten fragment jego wypowiedzi.
– Wszystkie te potrzeby, które nie służą bezpośrednio zaspokajaniu biologicznych, naturalnych potrzeb takich jak jedzenie, spanie, ubiór, dach nad głową, poczucie bezpieczeństwa czy rozmnażanie się; bez których człowiek nie może normalnie żyć. Do tego dochodzą związane z nimi potrzeby społeczne takie jak komunikowanie się czy współpraca w grupach i zespołach. – Julia z przyjemnością zanurzyła się w temat, który ją intrygował.
– Rozgraniczenie, co jest, a co nie jest potrzebą naturalną, nie jest takie proste. W niektórych przypadkach jest to oczywiste, w innych mniej. Na pewno niektóre potrzeby są wymyślone: koncert muzyczny na dwadzieścia pięć tysięcy osób, gigantyczna impreza sportowa, samochód z luksusowym wyposażeniem, który kosztuje pół miliona dolarów, wielki dom mieszkalny dla dwojga osób, telefon komórkowy wysadzany brylantami, który służy rozmowom o niczym i podobne rzeczy. Możesz sobie wyobrazić, jak potworne ilości materiałów i energii idą zarówno na ich wytworzenie, jak i użytkowanie. Jako gatunek biologiczny konsumujemy naturę w przyśpieszonym tempie, niszcząc i zanieczyszczając do granic niemożliwości to, co dał nam dobry Bóg.
Julia przerwała, gdyż zbliżała się godzina 20. O tej porze, jeśli Robert był w domu, zazwyczaj we trójkę oglądali wiadomości telewizyjne na kanale 111. Wstała z fotela, wyprostowała się, wygięła tułów lekko do tyłu i wyciągnęła do przodu ręce. Robert przyglądał się jej dyskretnie. Fascynowała go. Była niewiele starsza od niego, zaledwie o cztery lata. Uważał, że jest niezwykle piękna, seksowna i miła. Było to coś więcej niż zauroczenie. Kochał się w niej, ale bał się przyznać do tego nawet przed samym sobą. Pragnął jej bliskości, a równocześnie nie szukał zbliżenia. Wiedział, że to bez sensu.
„Nie będę przecież rywalizował z ojcem, to byłoby nielojalne” – myśl ta powstrzymywała go i chroniła jego uczucia wobec ojca, który zawsze był dla niego kimś najważniejszym. Robert kochał go szczerze i nie wyobrażał sobie, że mógłby zrobić coś, co by go zraniło. Skrzętnie ukrywał swoje uczucia zarówno wobec ojca, jak i Julii. Stwarzał wrażenie osoby spokojnej, raczej zamkniętej i niezbyt spontanicznej. Tak uważali inni. On z kolei ani nie zdawał sobie sprawy z tego, jaki jest naprawdę, ani się nad tym nie zastanawiał.
– Pójdę przygotować coś do picia sobie i Andrzejowi, zanim zacznie się dziennik. Chyba herbatę. Może też napiłbyś się herbaty? – zaproponowała Julia.
– Hm... Czy ja wiem? Może przyniosłabyś mi szklankę coca-coli, jeśli nie zrobi ci to różnicy – Robert nie był całkowicie zdecydowany. Jeśli mogę cię o to prosić – dodał usprawiedliwiająco.
– Chętnie, to żaden problem – usłyszał w odpowiedzi. – Dlaczego nie miałabym zrobić dla ciebie czegoś, co jest tylko przysługą – udając się do kuchni, zabrała z niskiego stolika tacę do naczyń.
Macocha i pasierb zwracali się do siebie po imieniu od czasu, gdy zaproponował im to Andrzej w dzień swojego ślubu. Uważał, że wobec niewielkiej różnicy wieku syna i nowopoślubionej żony takie rozwiązanie jest najbardziej naturalne.
Gdybyście nie zwracali się do siebie po imieniu, wyglądałoby to sztucznie – wyjaśnił. – Może nawet głupio. – Andrzej Glas był zwolennikiem prostych rozwiązań. Uważał, że takie są najlepsze, skuteczne i trwałe.
Julia ruszyła w kierunku kuchni. Musiała przejść najpierw przez jadalnię, oddzieloną od salonu podwyższonym murkiem przykrytym marmurowym blatem, na którym stały doniczki z kwiatami i kilka ozdób z onyksu i mosiądzu.
Patrzyła na kwiaty. Fiołki, które przesadziła dwa dni wcześniej do ozdobnej japońskiej doniczki, wyraźnie więdły. Kilka liści pożółkło i leżało wewnątrz doniczki oraz obok na stole. Żałosny wygląd ulubionej rośliny zmartwił ją, gdyż lubiła kwiaty i dbała o nie.
„Co się stało?” – zadała sobie pytanie. „Przecież nie dalej jak wczoraj je podlałam. Chyba nie chorują? A może za często je podlewam?” – zaniepokoiła się.
Julia szła wpatrzona w rośliny, gdy nagle zahaczyła stopą o lekkie wybrzuszenie dywanu, powstałe naprzeciw fotela Roberta. Zachwiała się gwałtownie, wypuszczając z ręki tacę i już miała upaść na podłogę, gdy Robert przytomnie złapał ją w pół. Stało się to tak szybko i niespodziewanie, że oboje byli zaskoczeni tym wydarzeniem i nie do końca wiedzieli, jak się zachować.
W tym momencie Andrzej stanął w progu pokoju. Widział ich nieco z boku, byli przytuleni do siebie policzkami. Wyglądało to tak, jakby się całowali. Nie wierzył własnym oczom. Osłupiał.
„Boże, jak oni mogli mi to zrobić!” – był wzburzony do głębi. „A ja całkowicie im ufałem. Żona i syn. Nigdy nie przyszłoby mi to do głowy”. Był tak oszołomiony, że nie potrafił wydusić z siebie ani słowa”.
Pierwsza odezwała się Julia. Dotarło właśnie do niej, co mógł pomyśleć jej mąż, widząc ją i syna w tej dwuznacznej pozie.
– Dlaczego tak na nas patrzysz? – zapytała wciąż oszołomiona tym, co stało się przed chwilą. – Andrzeju, opamiętaj się. Nic się przecież nie stało. Potknęłam się o dywan, upadałam i Robert mnie złapał w ostatniej chwili, inaczej wylądowałabym na podłodze. Chyba nie myślisz, że się całowaliśmy albo robiliśmy coś podobnego. Przecież to absurd!
Andrzej nadal stał w drzwiach wejściowych do salonu. Słowa Julii trochę go uspokoiły, ale nie usunęły wszystkich wątpliwości. Raz zasiany niepokój łatwo nie umiera. Nie wiedział, jak się zachować. Po chwili odzyskał głos:
– Zdenerwowałem się. Nie wiedziałem co myśleć, widząc was objętych. Chyba wolałbym, abyś upadła na podłogę... Przepraszam cię. Co ja mówię? Opowiadam jakieś głupoty. To ze zdenerwowania. Już mi przechodzi – przerwał, szukając pomysłu na rozładowanie kłopotliwej dla wszystkich sytuacji.
– Zapomnijmy o tym i obejrzyjmy dziennik. Już się zaczyna – zaproponował, po czym podszedł do swojego ulubionego fotela i usiadł.
– Właśnie szłam do kuchni, aby zrobić herbatę dla ciebie i dla siebie. Zaraz ją zaparzę. Napijesz się? – Julia spojrzała pytająco w stronę męża.
– Nie, nie. Zrób tylko dla siebie, nie chce mi się pić. Może Robert się napije? – odpowiedział, patrząc na ekran i wsłuchując się w słowa spikerki prowadzącej dziennik. Słuchał, co mówiła, ale myślami wciąż był przy scenie, którą przed chwilą zobaczył. Nie mógł otrząsnąć się z wrażenia.
„Nie wiem, dlaczego tak się zdenerwowałem, przecież Julia wytłumaczyła mi, co się stało. Nie mam podstaw, aby jej nie wierzyć” – starał się uspokoić i zapomnieć o nieoczekiwanym, przykrym incydencie.
* * * * *
Wydarzenie w salonie poruszyło Andrzeja. Po zakończeniu dziennika telewizyjnego pozostał milczący, mimo że żona usiłowała nawiązać z nim rozmowę. Późnym wieczorem zazwyczaj chętnie rozmawiał z nią o tym, co napisano w prasie, wydarzeniach w mieście, kraju lub po prostu o czymkolwiek.
Zachowuje się jak obrażona madonna. Wymawia się, że jest zmęczony, przeprasza, że nie jest w formie – Julii nie podobało się zachowanie męża. Uważała, że nie zasłużyła na takie traktowanie.
– Wiem, że nie stanowię dzisiaj najlepszego towarzystwa – powiedział, jakby na potwierdzenie jej spostrzeżeń. – Chyba najlepiej zrobię, jak pójdę spać.
„Zachowuje się tak, jakby chciał zrobić mi dodatkowo na złość” – pomyślała Julia.
Miała przeczucie, że wydarzenie w salonie będzie mieć znacznie poważniejsze konsekwencje niż mogło się wydawać.
Nie odzywa się, nie chce w ogóle rozmawiać. Nigdy tak się nie zachowywał. Ale dlaczego ja mam z tego powodu cierpieć, mieć wyrzuty sumienia, bo coś jest nie w porządku – nie spodziewała się takiej reakcji męża. Andrzej z natury był rozmowny.
„Chyba ten głupi incydent nie wyprowadził go aż tak z równowagi” – usiłowała się pocieszyć.
Andrzej potrafił nie odzywać się, ale tylko w wyjątkowych sytuacjach, kiedy miał coś nadzwyczaj pilnego do wykonania. Nawet jeśli był zmęczony lub nie czuł się najlepiej, komunikował to otwarcie. Tego wieczoru było inaczej, czuła to.
Po źle przespanej nocy Julia zdecydowała się wyjaśnić sytuację i z Andrzejem, i z Robertem.
„Trzeba wyjaśnić to raz na zawsze” – była zdecydowana. „Nie chodzi jedynie o to, co zdarzyło się dziś w salonie, to był czysty przypadek, ale przede wszystkim o zachowanie Roberta, które obserwuję już od dawna” – była o tym przekonana.
Już wcześniej uznała, że jej kontakty z Robertem nie zmierzają we właściwym kierunku. Nie była to dramatyczna sytuacja, ale z pewnością nie taka, jakby sobie życzyła. W sumie nie mogła mu nic zarzucić. Był wobec niej zawsze jak najbardziej uprzejmy, uczynny i życzliwy. „Takiego zachowania żadną miarą nie można mieć nikomu za złe, zwłaszcza pasierbowi” – pomyślała. Czytała i słyszała, ile złych doświadczeń miały kobiety, które wyszły za mąż za mężczyznę mającego dziecko lub dzieci z poprzedniego małżeństwa. Przeważnie jednak były to dzieci młodsze niż Robert.
Jej problem był zupełnie innej natury. Robert wydawał się żywić do niej zbyt wiele uczuć. Dopiero po pewnym czasie doszła do wniosku, że chyba się w niej kocha. Wyczuła to bardziej niż zaobserwowała. On zaś nie okazywał jej otwarcie czułości czy szczególnej sympatii. Nie narzucał się ze swoimi uczuciami ani o nic nie prosił. Nigdy nie czynił też żadnych niestosownych aluzji, sugestii czy propozycji. Intuicyjnie czuła jednak, że starannie ukrywa przed nią swoje prawdziwe uczucia, że pozostawia je w cieniu, tak jakby bał się reakcji jej lub ojca. Niezręczność sytuacji polegała na tym, że chciał jak najczęściej być w jej towarzystwie i jej pomagać.
„Czuję, wyraźnie to czuję, że niejednokrotnie chciałby mnie dotknąć, objąć czy przytulić. Kiedy składałam mu ostatnio życzenia imieninowe jego pocałunki i uściski trwały odrobinę za długo i były trochę zbyt ciepłe. Podobnie było na moich imieninach” – Julia przypominała sobie zachowania pasierba.
Raz czy dwa razy próbowała porozmawiać na ten temat z Andrzejem, ale uznała, że to do niczego nie prowadzi. Andrzej odbierał zachowania Roberta w zupełnie inny sposób. Przypomniała sobie wieczór gdzieś w środku tygodnia, kiedy siedzieli oboje w salonie po zakończeniu kolacji i o mało co poważnie się nie pokłócili.
– Andrzeju, czy moglibyśmy porozmawiać na temat Roberta? Wydaje mi się, że od pewnego trochę dziwnie się zachowuje – zaczęła Julia.
– Co masz na myśli? Czy on coś zrobił, o czym nie wiem? – zapytał Andrzej.
– Trudno to tak od razu wyjaśnić. Mam wrażenie, że ostatnio za często przebywa w domu. Wyjątkowo regularnie przyjeżdża na wszystkie weekendy.
– Co w tym dziwnego? To jest przecież jego dom rodzinny. Jesteśmy jego najbliższą rodziną – usłyszała w odpowiedzi.
W samych przyjazdach do domu nie ma nic dziwnego. Ale czy nie wydaje ci się dziwne, że przestał widywać się ze swoją dziewczyną, bardzo rzadko spotyka się ze swoimi przyjaciółmi, dużo mniej interesuje się motocyklem? Przecież to była jego pasja. Przedtem, jak wiem, nieprzerwanie jeździł na spotkania w klubie motocyklowym. Narzekałeś nawet, że rzadko bywa w domu.
– Tak, to prawda. Ale czy to takie dziwne? Raz ma się chęć na coś, inny raz nie – Andrzej zbagatelizował obserwacje żony.
– Nie o to chodzi. To, co mnie zastanawia, to fakt, że on zbyt chętnie i nieprzerwanie towarzyszy mi w domu. Prawie we wszystkim. Pomaga w kuchni, chce jeździć ze mną na zakupy, chodzić do kina, pojechać na plażę czy nawet po prostu pójść na spacer. Nawet gdybym robiła na drutach, to też chciałby mi towarzyszyć i pomagać – dodała z przekąsem. – I to wszystko zmieniło się w jego zachowaniu mniej więcej po naszym ślubie.
– Hm. Nie wiem, co o tym myśleć – zaczął zastanawiać się Andrzej. Chyba nie ma jednak w tym nic złego. Jestem przekonany, że traktuje cię z szacunkiem i nie sprawia przykrości swoim zachowaniem. Może on po prostu traktuje cię jak matkę, którą wcześnie stracił? Była mu bardzo bliska.
– Chyba przesadzasz! Nie zapominaj, że on ma dwadzieścia cztery lata, a ja jestem niewiele od niego starsza. Jeśli przypominam mu matkę, to niedobrze mi się to kojarzy. On nie ma już ośmiu czy nawet dwunastu lat, nie jest dzieckiem. Jego stosunek wobec mnie to nie jest miłość do matki – Julia dodała podniesionym głosem, zdenerwowana skojarzeniem jej z matką Roberta.
– Naprawdę nie wiem, co chcesz mi powiedzieć. – Tym razem to on się zdenerwował. – Jeśli Robert zachowuje się wobec ciebie nie w porządku, to powiedz mi to wyraźnie. Kluczysz i kluczysz, robiąc jakieś aluzje na jego temat. A nie masz mu nic konkretnego do zarzucenia. Jeśli jego towarzystwo ci nie odpowiada, to powiedz mu to wprost albo, jeśli wolisz, ja to zrobię. Czy tak? –Popatrzył na nią z niechęcią.
Julia nie spodziewała się takiej reakcji. Nie wiedziała, co powiedzieć na słowa męża. Przestraszyła się, że nic dobrego z tej rozmowy nie wyniknie, że doprowadzi tylko do niepotrzebnego zatargu, jakiejś absurdalnej sytuacji. Wycofała się z dalszej dyskusji. Uznała, że to beznadziejne.
„Własny mąż mnie nie rozumie, nie chce zrozumieć. Nie dociera do niego w ogóle, co obserwuję i czuję. Idź do diabła!” – powiedziała w duchu ze złością. „Jesteś taki sam jak twój syn, coś myślicie i czujecie, tylko nie widzicie, jak to odbiera ta druga osoba. Drętwy typ!” – po raz pierwszy pomyślała o mężu, że zachowuje się jakby był głuchy na jej słowa. „Sama będę musiała to załatwić z Robertem, nawet gdyby tobie się to nie podobało” – zdecydowała. „Porozmawiam z nim jutro, wyjaśnię spokojnie, jak odbieram jego zachowanie i co czuję. Trochę za dużo jego uprzejmej obecności w moim życiu” – podsumowała w myślach sytuację.
Późnym wieczorem poszła do salonu i usiadła w fotelu. Zostawiła tylko jedną lampę włączoną, aby w pomieszczeniu panował półmrok. Patrzyła w ciemną przestrzeń za oknem i układała w myślach plan rozmowy z Robertem.
„Muszę zrobić to delikatnie, bo może mnie opatrznie zrozumieć. Muszę mu powiedzieć, że wolałabym, aby poświęcał mi mniej uwagi, mniej się mną interesował. Nie wiem, jak to przyjmie. Wolałabym nie robić mu przykrości, ostatecznie jest dla mnie bardzo miły”.
Następnego dnia, kiedy zostali sami w domu, Julia rozpoczęła rozmowę:
– Nie wiem, co ty planujesz na dzisiaj, ale ja pojadę chyba do centrum handlowego zrobić zakupy. Może coś potrzebujesz? – zapytała Roberta. Jak słusznie przewidywała, Robert chciał jej towarzyszyć.
– Robercie, przepraszam cię, ale nie wiem, czy to jest dobry pomysł. Jesteśmy tak często razem, że zaczyna mnie to już krępować. Może to głupie, ale martwi mnie to. Ela, moja przyjaciółka, powiedziała mi kilka dni temu przez telefon niby żartem, że tak często przebywam z tobą, że nie mam czasu, aby się spotkać z nią na dłuższą pogaduszkę. „Widzę cię z nim częściej niż z twoim mężem. Nie wiem, czy to mądre. Ludzie zaczną w końcu plotkować.” – powiedziała.
Robert milczał. Nie wiedział, co odpowiedzieć, a może czekał na dalszy ciąg wyznań Julii. Zawsze zostawiał jej inicjatywę, wydawało mu się to naturalne. Nie należał do ludzi szybko i łatwo podejmujących decyzje. Nie potrafił tego ani nie lubił. Był świadomy swoich niesynowskich uczuć wobec macochy, ale nie podjąłby za nic żadnych kroków, aby sprawę jakoś wyjaśnić. Na dobrą sprawę nie wiadomo, na co liczył. W marzeniach wyobrażał sobie, że ona dostrzeże i doceni jego miłość i zostawi męża dla niego. To by mu bardzo odpowiadało.
Milczenie Roberta zmusiło Julię do jaśniejszego postawienia sprawy.
– Robercie, wiesz, że naprawdę cię lubię. Jesteś bardzo sympatycznym i miłym facetem, ale jesteś też synem mojego męża. Przepraszam cię, nie mam nic złego na myśli, ale twoje zbyt częste towarzystwo coraz bardziej wprawia mnie w zakłopotanie. – starała się wyjaśnić sytuację w możliwie delikatny, ale i uczciwy sposób.
Zachęcona własną śmiałością, patrząc mu w oczy dodała:
– Mam czasami wrażenie, że zachowujesz się tak, jakbyś się we mnie kochał. Miłość to bardzo pozytywne uczucie, ale mnie ono bardzo krępuje. Tak nie może być. To jest niepotrzebne, jestem mężatką i kocham swojego męża. Musisz przestać okazywać mi zainteresowanie w takim stopniu, w jakim dotychczas to robiłeś. Możemy być tylko przyjaciółmi, nikim więcej. Nie toleruję dwuznaczności. – Ostatnie dwa zdania powiedziała bardziej stanowczo niż zamierzała.
To nie było potrzebne, bo komunikat był bardzo jasny i zrozumiały. Przestraszyła się, że zrani tym Roberta. Nie chciała tego zrobić. „Nie mogę przecież mieć do niego pretensji, że mnie kocha. To jeszcze nie jest grzechem” – pomyślała.
Słowa Julii spadły na Roberta jak grom z jasnego nieba. Był to dla niego prawdziwy wstrząs. Poczuł się zraniony i odrzucony nagłością i bezpośredniością jej oświadczenia. Uważał, że nie zasłużył na coś takiego. Czuł się zawstydzony i wyśmiany, czuł się tak, jakby go skopano. Nie odezwał się ani słowem, tylko odwrócił się i odszedł do swojego pokoju.
„Czułam, że ta rozmowa może przynieść fatalne skutki” – Julia zmartwiła się. „Nie chodzi o to, co powiedziałam, tylko jak to powiedziałam. Nie tylko chyba zraniłam Roberta, ale boję się, że Andrzej uzna to za przejaw wrogości wobec jego syna. Tak cieszył się, że Robert znowu znalazł się bliżej niego, że stworzyliśmy nową, dobrą rodzinę” – Julia była pełna niepokoju.
Po krótkim namyśle postanowiła naprawić i uratować, co się da.
„Muszę pojechać do Andrzeja, do biura. Przedstawię mu przebieg rozmowy z Robertem i powiem, jak ją odebrał. Musi to zrozumieć. Postąpiłam, jak umiałam najlepiej. Sam wczoraj nie chciał mi pomóc. Może być teraz wściekły na mnie, że źle potraktowałam Roberta. Do diabła z tą ich wrażliwością!” – była roztrzęsiona.
Zadzwoniła do męża. Chciała być pewna, że będzie w biurze i będzie mógł z nią porozmawiać. Wyjaśniła, o czym chce rozmawiać. Ustaliła, o której mniej więcej godzinie ma się jej spodziewać. Nie proponował, aby zrobić to później, w domu. Wiedział, że bardzo jej na tym zależy. Jemu też sprawa leżała na sercu.
Jak zwykle wybrała drogę wzdłuż oceanu. Była wysadzona araukariami, sporo dłuższa, ale łatwiejsza i dużo przyjemniejsza. Lubiła zwłaszcza te fragmenty drogi, skąd było widać rozległy obszar oceanu ciągnącego się po prawej stronie drogi. W podziwianiu widoków przeszkadzały tylko samochody jadące z przeciwnego kierunku. Na szczęście nie było dużego ruchu.
W trakcie jazdy prowadziła ze sobą wewnętrzny dialog. Była niepewna, jak wypadnie rozmowa, ale jednocześnie była zdecydowana wyjaśnić wszystkie wątpliwości. „Musi mnie zrozumieć. Nie mogę pozwolić, aby Robert stanął między nami. Wprawdzie nic nie zawinił, ale nie może nieprzerwanie być moim adoratorem”. Podobało jej się słowo „adorator”. Było wymowne. Postanowiła go użyć w rozmowie z mężem.
„Może w końcu dotrze do niego, jak się Robert wobec mnie zachowuje. Sama czasem nie wiem, jak reagować na jego postępowanie. Jest taki układny, ugrzeczniony i przyzwoity, że prawie nie można mieć do niego o nic pretensji. Ale to już było za dużo” – pomyślała, wjeżdżając w zakręt.
Było wczesne popołudnie. Araukarie rosnące po obydwu stronach drogi poruszały się lekko na wietrze. Słońce było już bardzo wysoko. Prześwitywało między gałęziami i rozproszone padało niekształtnymi plamami na jezdnię. Śmieszne i rozczapierzone – pomyślała o plamach przesuwających się przed samochodem.
Był to jej ulubiony samochód: Honda Civic z 2009 roku, trzydrzwiowy hatchback z silnikiem 1,8 litra. Andrzej okazyjnie kupił go od kolegi, specjalnie dla niej. Samochód miał mały przebieg i był w doskonałym stanie. Wiedział, że ten model się jej spodoba. Był w kolorze dojrzałej wiśni, który szczególnie lubiła. Dla niego był to kolor niedojrzałej wiśni. Niekiedy się o to sprzeczali. Były to żartobliwe przekomarzania. Ich sens krył się w zabawie, okazaniu zainteresowania i uczuć drugiej osobie.
Na długim prostym odcinku drogi z daleka spostrzegła samochód dojeżdżający drogą boczną do drogi głównej, którą jechała. Pojazd był wyraźnie widoczny. Teren w tym miejscu był płaski i niezabudowany. Był to park z rzadko rosnącymi drzewami. Obydwa samochody dojeżdżały prawie równocześnie do skrzyżowania. Julia nie zmniejszała szybkości, wiedząc, że kierowca drugiego samochodu musi zatrzymać się przed skrzyżowaniem. Zbliżali się do siebie, jakby się umówili. Zaczęła niepokoić się, gdyż drugi samochód nie wydawał się zwalniać. Sytuacja rozwijała się jak w kinie. Była kilkadziesiąt metrów od skrzyżowania, odległość kurczyła się błyskawicznie. Przeraziła się.
„Nie zatrzyma się!” – przyszło jej nagle na myśl. Nie zastanawiając się, odruchowo, bez wahania przycisnęła z całej siły hamulec. Samochód zarzucił w lewo, potem w prawo, zjechał z nasypu, wpadł do rowu, przekoziołkował i opadając z pionowej pozycji, z impetem uderzył w drzewo rosnące kilka metrów od krawędzi jezdni. Uderzenie było tak silne, że pojazd wbił się lewą stroną w pień, jakby obejmując go z obydwu stron. W ostatnich kilkunastu sekundach przerażenie zablokowało mózg prowadzącej. W krótkim przebłysku świadomości zdążyła tylko krzyknąć: – O, Boże!
Drugi samochód stał przed skrzyżowaniem w tumanie kurzu wzniesionego przez gwałtowne hamowanie. Prowadzący go młody mężczyzna, przeraził się tym, co się stało. Nie zamierzał wjeżdżać na jezdnię, tylko dla zabawy postanowił zahamować na ostatnich kilkunastu metrach. Niejednokrotnie robił tak z kolegami. Uważali to za frajdę, bawiło ich to. Lubili obserwować przerażenie kierowców nadjeżdżających drogą główną.
Kiedy Julia nie pokazała się w biurze o ustalonej godzinie, Andrzej zaczął się niepokoić. Spodziewał się, że raczej przyjedzie kilkanaście minut wcześniej niż później. Nie musiała szukać parkingu, ponieważ było kilka wolnych miejsc do parkowania zastrzeżonych dla jego firmy. W normalnych okolicznościach, kiedy był w pracy, powiedziałby sobie, że ostatecznie kwadrans wcześniej czy później nie robi różnicy.
Tym razem było inaczej. Nie była to zwykła wizyta, jedna z tych, kiedy Julia przyjeżdżała, aby zrobić jakieś zakupy a przy okazji spotkać się z nim i zjeść razem lunch. Tym razem przyjeżdżała tylko w jednej sprawie, która była dla niej ważna i pilna. W trakcie rozmowy telefonicznej czuł, że coś jest naprawdę nie w porządku, skoro prosi go o natychmiastowe spotkanie. W jej głosie słyszał zdenerwowanie, niepokój, może nawet strach. Kiedy zapytał ją o to, zaprzeczyła. Pomyślał, że stara się pokazać z jak najlepszej strony, jako osoba niepoddająca się niepotrzebnym emocjom.
Ocknął się nagle z zamyślenia i postanowił natychmiast zadzwonić na telefon komórkowy Julii. Usłyszał sygnał, ale nikt nie odbierał. Odczekał chwilę i jeszcze raz zadzwonił. Z tym samym skutkiem. Był sygnał, ale Julia nie zgłaszała się. Przeraził się, ogarnęło go nieokreślone złe przeczucie.
– Może wypadło jej coś po drodze. Nigdy nie wiadomo – chciał się pocieszyć, ale nie zabrzmiało to przekonywująco. Zadzwonił jeszcze raz. Było połączenie, ale nikt się nie zgłaszał. Minęło już prawie dwadzieścia minut od ustalonego terminu spotkania, a ona nadal nie odbierała.
„Coś musiało się stać” – był tego pewien. „Z pewnością by do mnie zadzwoniła, gdyby miała spóźnić się aż tak bardzo. No i ten brak reakcji na moje telefony.” Nie czekał dłużej.
– Muszę wcześniej wyjechać i już nie wrócę dzisiaj – powiedział sekretarce. – Gdyby przypadkiem zadzwoniła moja żona na telefon biurowy, to przekaż jej, że wyjechałem jej naprzeciw i żeby natychmiast skontaktowała się ze mną na mój telefon komórkowy.
– Czy coś się stało? – zapytała, widząc zdenerwowanie szefa.
– Mam nadzieję, że nic – odpowiedział i wyszedł na korytarz. Nie pożegnał się nawet standardowym: „Do zobaczenia” czy też: „Do jutra”. Nie szedł, lecz pobiegł do swojego samochodu.
Od razu wybrał drogę nad oceanem, choć sam rzadko nią jeździł. Wiedział, że to ulubiona trasa Julii. Miał coraz głębsze przeczucie, że stało się coś niedobrego. Nie, że mogło się stać, tylko, że się stało. Julia zawsze była punktualna. Gdyby coś miało opóźnić poważniej jej przyjazd na umówioną godzinę, zadzwoniłaby. Jej telefon działał.
Z daleka zauważył samochód policyjny z włączonymi, migającymi światłami. Stał na środku drogi. Tuż obok stała karetka. Część jezdni była zablokowana, a stojący na przewężeniu policjant kierował ruchem w obydwie strony. Podjeżdżając bliżej Andrzej zobaczył po przeciwnej stronie drogi trudny do rozpoznania kształt w pomieszanych kolorach dojrzałej wiśni, czerni i szarości. Nie miał już wątpliwości.
„To już koniec!” – pomyślał z rozpaczą. Zrobiło mu się słabo prawie w jednej chwili. Ciężko oddychał, dusił się. Zbierało mu się na wymioty. Skręcił w lewo na obrzeże drogi i zatrzymał się. Czarne płaty zaczęły mu latać przed oczami.
* * * * *
Minęło kilka tygodni, zanim Andrzej doszedł do siebie. W końcu oswoił się z myślą o stracie najbliższej osoby. Zapragnął zachować pamięć o niej, utrwalić ją, tak jak ją pamiętał. Rzeźba wydała mu się najbardziej stosownym rozwiązaniem. Od pierwszej chwili nie miał wątpliwości, kto będzie jej wykonawcą.
Na początku Robert nie chciał przystać na tę propozycję, mimo że ojciec zaoferował mu sowitą zapłatę za wykonanie rzeźby.
– Tato, ja nie robię takich rzeźb. Nigdy nie zajmowałem się rzeźbieniem postaci ludzkich w rzeczywistym rozmiarze. Wyrzeźbić w kamieniu Julię to bardzo wymagające zadanie. Była twoją żoną. Przywiązujesz do rzeźby ogromne znaczenie. Na pewno chciałbyś, aby przedstawiała taką kobietę, jaką kochałeś. To po prostu nieosiągalne. – Robert był przekonany o niemożności wykonania dzieła, które satysfakcjonowałaby ojca. W grę wchodziły także jego własne wspomnienia i uczucia, którymi nie zamierzał dzielić się z ojcem. To była całkowicie prywatna sprawa. Każdy ma w sobie coś, co ukrywa przed światem zewnętrznym, czasem nawet przed samym sobą.
– Dlaczego nie chcesz tego zrobić? Nie masz powodu do odrzucenia mojej propozycji. Bardzo cię proszę. Nie chciałbym, aby rzeźbił ją ktoś inny. Nikt inny nie zrobi tego jak należy. Ty ją znałeś równie dobrze jak ja. Była ci bardzo przyjazna. Tylko ty jesteś w stanie odtworzyć ją taką, jaką była.
Robert słuchał ojca, ale nie trafiała do niego argumentacja.
– Masz dużo doświadczenia. Twój szef wyraża się o tobie z uznaniem. Mówi, że jesteś bardzo dobry, że masz talent. Z całą pewnością zrobisz to lepiej niż ktokolwiek inny – mówił z przekonaniem ojciec.
– Nie wierz wszystkiemu, co mówi właściciel pracowni rzeźbiarskiej. On o każdym z nas powie pochlebne słowo. To bardzo sympatyczny facet, wszystkim życzliwy.
– Twoje osiągnięcia to nie tylko twój powód do dumy, ale pewna forma zobowiązania. Julia musi zostać tutaj, w tym domu, rozumiesz? – Andrzej Glas na wszelkie sposoby starał się przekonać syna.
„Osiemnaście tysięcy dolarów to rzeczywiście duże pieniądze” – pomyślał Robert. Była to równowartość jego kilkumiesięcznych dochodów jako początkującego artysty-rzeźbiarza zatrudnionego na etacie.
Statua Julii miała być naturalnej wielkości, wykonana w kamieniu. Długo zastanawiali się nad jego wyborem. Myśleli o granicie, jego trwałości i pięknie. Robert zdawał sobie sprawę, jak niesamowicie twardy jest to materiał i jak trudny jest w obróbce.
Rzeźba miała stanąć na tarasie domu ojca. Było to miejsce, które szczególnie lubiła Julia. Roztaczał się stamtąd widok na zatokę i ocean. Tego dnia nie doszli do porozumienia. Robert uznał, że musi przemyśleć otrzymaną ofertę. Miał wiele wątpliwości. Wahał się. Julia była dla niego kimś więcej, dużo więcej niż tylko macochą i żoną ojca.
„Dla kogo będę ją rzeźbić? Dla niego czy dla siebie? Czy może dla nas obu? Czy to się da pogodzić? Moje wyobrażenie, jak powinna wyglądać rzeźba może nie odpowiadać ojcu i na odwrót. Muszę wyjaśnić to z nim, aby nie było nieporozumień i rozczarowań”.
Po okresie wahań ostatecznie zdecydował się przyjąć propozycję ojca. Odczuł ulgę. Obydwaj uznali to za sukces. Podali sobie ręce, podkreślając wagę porozumienia.
– Wypijmy po kieliszku dobrego koniaku. Trzeba to uczcić – zaproponował ojciec.
– Chętnie. Przyniosę z twojego barku ten najlepszy koniak, jeśli nie masz nic przeciwko temu. Mam na myśli ten, który najbardziej mi smakuje, Hennessy X.O. – Robert poczuł odprężenie.
– Czy wiesz, że Maurice Hennessy, twórca tego koniaku, trzymał go wyłącznie dla najbliższej rodziny i przyjaciół. To coś znaczy. Sama butelka jest piękna. – Robert stał się rozmowny.
– Robercie, cieszę się podwójnie. Po pierwsze, bo powstanie rzeźba, którą uczcimy pamięć mojej żony, a po drugie, że to ty ją wykonasz. To będzie nasze wspólne dzieło. Utrwali ono pamięć o kobiecie, która tak wiele dla mnie znaczyła. I dla ciebie chyba także? Nie starała się zastąpić ci matki, bo to niemożliwe, była po prostu dobrym duchem naszej rodziny.
– Wypijmy za pomyślność przedsięwzięcia. – Andrzej podniósł kieliszek w górę, popatrzył na niego pod światło i przysunął do ust.
Robert miał już w głowie pewien pomysł na realizację tego projektu. Kiedy przedstawiał go ojcu, patrzył bardziej w przestrzeń niż w jego stronę. Ułatwiało mu to koncentrację. Wydawał się wydobywać słowa gdzieś z wewnątrz siebie niczym aktor, który odtwarzając rolę sięga w głąb pamięci, zapominając prawie o audytorium. Mówił wolno:
– Najpierw muszę ją sobie wyobrazić, stworzyć jej przestrzenny wizerunek, możliwie najdokładniejszy obraz postaci, którą będę rzeźbił. Dopiero wtedy będę mógł wykonać model w gipsie. Będzie w naturalnej skali. Ty musisz go zobaczyć i zaakceptować. Wbrew pozorom może to zająć dużo czasu. Potem muszę znaleźć, kupić i zorganizować transport odpowiedniego bloku kamienia. Nie, nie... Mogę robić to równocześnie. Potrzebuję inspiracji. Tak... to chyba rozsądne. – Wydawało się, że mówi do siebie. Zamyślił się na chwilę.
– Narzędzia już mam, to nie problem. – Robert ożywił się, mówiąc o tym, co jest proste, namacalne i nie wymaga angażowania wyobraźni. – Trudniejsze może okazać się uzgodnienie z tobą projektu rzeźby. Czuję przez skórę, że twoje wyidealizowane wyobrażenie o Julii i moja wizja jej postaci mogą nie być zgodne. Ale to nic, nie ma co się martwić na zaś. Może nasze wyobrażenia będą zbieżne? – wyraził nadzieję.
Andrzej słuchał, nie przerywając. Był zadowolony, że w synu obudził się artysta, który ma w sobie pasję tworzenia. „Wreszcie zaczyna mówić jak człowiek, a nie zachowywać się jak bierny słuchacz. W końcu odwróciły się role: nie jestem już nadawcą, a on tylko odbiorcą, którego w dodatku trzeba zbudzić ze snu”. Bardzo mu odpowiadała ta zmiana w zachowaniu syna. Zawsze pragnął, aby Robert miał w sobie więcej pasji, odwagi i przedsiębiorczości, by był bardziej podobny charakterem do niego, a nie do matki.
– À propos kamienia. Zdecydowałem się. Wiem, co będzie najlepsze – Robert kontynuował swoje rozważania. – Wybrałem granit. W branży, którą obsługujesz, jest on popularny jako materiał budowlany i dekoracyjny, łatwo go ciąć i polerować, ma wysokie walory estetyczne. Jest po prostu piękny. Dla rzeźbiarza jest to surowiec bardzo trudny, ponieważ jest niesamowicie twardy.
– Czy wiesz, że niektóre składniki granitu są twardsze od stali? – Skierował wzrok na ojca. – To materiał wyjątkowo ciężki w obróbce. Wyjątkowo! – podkreślił. To niewolnicza praca. Chyba muszę się z tym pogodzić. – Jego oświadczenie zabrzmiało jak poświęcenie się dla dobra sprawy.
– Granity są zróżnicowane kolorystycznie. Najbardziej popularny i najtańszy jest granit szary. To nie dla nas. Można dostać także granit białoróżowy, zielony, czerwony, czarny. Zdarzają się także mieszanki barw z dominacją zazwyczaj jednego z tych kolorów. Ja właśnie myślę o granicie, który będzie wyróżniać się kolorystycznie, będzie mieć w sobie ciekawy wzór i fakturę, które zachwycą oko.
– Nie sądzisz? – Skierował wzrok na ojca, szukając jego potwierdzenia.
– Materiał powinien dobrze wyrażać postać, którą ma upamiętnić. Mam na myśli kamień, który ma w sobie barwę, fakturę, ma w sobie życie – tłumaczył ojcu.
– Co o tym sądzisz? – zapytał ponownie.
– Nie za bardzo potrafię wypowiedzieć się, bo nie mam wiedzy ani doświadczenia rzeźbiarza. Mogę tylko kierować się intuicją. Jako architekt zajmuję się głównie płaskimi powierzchniami. Ale podoba mi się pomysł odmienności kolorystycznej i nietypowej faktury materiału, które lepiej będą oddawać charakter i ciepło rzeźbionej postaci.
W ciągu następnych dni i tygodni Robert częściej rozmawiał z ojcem. Informował go o postępach w przygotowaniach i uzgadniał istotne szczegóły. Uważał, że jest to ważne. Miał w tym także przyjemność: być z ojcem w kontakcie i rozmawiać o czymś, co ich łączy.
„Robię to przecież dla niego. Chcę, aby był naprawdę zadowolony” – powtarzał sobie w myślach.
* * * * *
Na drugim piętrze Muzeum Narodowego rządziły przestrzeń i światło. Robert znalazł się w wyjątkowo obszernej Sali Okrągłej. Światło padające spod przeszklonej kopuły oraz z okien w wykuszach, w pełni blasku ukazywało wierną kopię „Dawida” Michała Anioła. Posąg stał na postumencie w środku sali podobnie jak jego włoski oryginał w Galleria dell’Accademia, Muzeum Akademii Sztuk Pięknych we Florencji.
Rzeźba była naprawdę monumentalna. Miała ponad cztery metry wysokości. Był to dar Antonio Ralana, najbogatszego człowieka kraju. Włoch z pochodzenia, przyjechał tutaj jako młody chłopak prosto z Florencji wraz z rodzicami i w ciągu swego życia osiągnął wszystko, o czym może marzyć człowiek: szczęście rodzinne, bogactwo, sławę. Kopia „Dawida” była wyrazem jego wdzięczności za pasmo sukcesów, które odniósł w swojej drugiej ojczyźnie – Australii,.
„Bóg tworzy doskonałość ludzkimi rękami. Michał Anioł był wybrańcem losu, nikt nie jest w stanie mu dorównać”. Robert patrzył z zachwytem. Uwielbiał tę rzeźbę i jej twórcę.
Jego wizyta w muzeum nie była przypadkowa. Szukał inspiracji, natchnienia, które pozwoliłby mu stworzyć plastyczną, wyrazistą wizję postaci, którą wyrzeźbi w granicie. Kiedy podejmował się zadania, miał tylko nieskonkretyzowane jej wyobrażenie. Teraz musiał stworzyć ją w sposób omalże namacalny. Okazało się to trudniejsze, niż myślał. Oglądał dziesiątki zdjęć, fotografii, rzeźb i płaskorzeźb, zwiedzał galerie.
Obserwację i rozmyślania przerwała mu grupa młodzieży oprowadzana przez przewodnika. Był to niemłody, lekko siwiejący mężczyzna o szczupłej sylwetce i ponadprzeciętnym wzroście. Mówił przyjemnym, wyraźnym głosem i chyba bardzo interesująco, gdyż uczestnicy grupy bez wyjątku słuchali go z uwagą. Nikt nie rozglądał się po bokach, wszyscy patrzyli w kierunku rzeźby, którą wskazywał wyciągniętą ręką. Od czasu do czasu niektórzy przenosili wzrok na przewodnika, tak jakby nie chcieli utracić nic z jego wyjaśnień.
Robert zbliżył się do grupy, aby lepiej słyszeć, co mówi przewodnik. Od razu zyskał jego uznanie. Mówił rzeczowo i interesująco:
– Macie państwo wyjątkowe szczęście widzieć tu rzeźbę, którą zachwyca się cały świat. Jest to wierna kopia posągu pasterza Dawida, tego, który wedle Biblii pokonał niezwyciężonego Goliata. Widzimy tutaj Dawida nagiego, jego ciało zostało wyrzeźbione zgodnie z antycznymi proporcjami. Jedna z nich odnosi się do głowy. Jest ona siedem razy mniejsza od reszty ciała. – Przewodnik zawiesił głos na chwilę, aby dać słuchaczom czas na zapamiętanie tego szczegółu. – To arcydzieło wykonane w białym marmurze zostało stworzone przez geniusza: rzeźbiarza, malarza, poetę i architekta epoki Odrodzenia, Michała Anioła. Powszechnie jest on znany jako Michelangelo Buonarotti. Posąg ma naprawdę imponujące wymiary: liczy ponad 4 metry wysokości. Michelangelo potrzebował trzech lat, aby wykonać tę pracę. Rzeźbił posąg w latach 1501-1504. Inne znane jego dzieła to freski w Kaplicy Sykstyńskiej oraz rzeźba „Pieta”.
Robert słuchał z zainteresowaniem. Przypominał sobie fragmenty historii powstawania rzeźby. Przewodnik zwracał uwagę na szczegóły posągu: zamyśloną twarz Dawida, loki przykrywające czoło i kark, ciężar ciała spoczywający na prawej nodze, wyraźne zarysy żył na dłoni.
Wyjaśnienia mężczyzny poruszyły wyobraźnię Roberta. Ogarnęło go nagłe olśnienie. Z radością zdał sobie sprawę z tego, czego mu brakowało i czego dotychczas niecierpliwie poszukiwał. Wiedział już, jak przedstawić Julię.
„Wyrzeźb ją tak, aby pokazać jej naturalne piękno: włosy, ręce, sylwetkę, jej spokój i opanowanie” – przypomniał sobie słowa ojca.
Akceptował jego sugestie, ale niewiele mu to dawało, bo nie była zbyt konkretna. Sugerowała jedynie, że może powinien posłużyć się jakimiś elementami symbolicznymi lub alegorycznymi, które wyrażałyby piękno, spokój, opanowanie. „Tak jak opuszczona głowa i splecione ręce symbolizują skupienie i modlitwę” – przyszło mu na myśl porównanie.
Teraz wiedział już wszystko. Był ogromnie zadowolony z odkrycia. Nie będzie starać się nadawać postaci wymyślnych cech, o których mówił ojciec, po prostu wyrzeźbi Julię w postawie, którą spontanicznie przybierała, kiedy wyjaśniała coś, co ją zaintrygowało. Wyobraził ją sobie jak żywą: lewa noga lekko cofnięta, prawa dla równowagi wysunięta do przodu, obydwie ręce zgięte w łokciach i uniesione, lewa ręka nieznacznie, natomiast prawa wyraźnie wysunięta do przodu.
– Tak, to idealny kształt posągu – wyszeptał do siebie. Do tego jeszcze dojdzie zróżnicowanie faktury i powierzchni rzeźby.
Mimo woli przybrał pozę odpowiadającą nowej wizji, jakby dla jej sprawdzenia czy też lepszego unaocznienia jej sobie. Do głowy mu nie przyszło, że ktoś mógłby patrzeć na niego w tym momencie. Nie miało to zresztą znaczenia, tak głęboko tkwił w swoich wyobrażeniach. Ocknął się nagle, gdy zdał sobie sprawę, że jest obserwowany. Dwie dziewczyny z grupy zwiedzających muzeum spoglądały na niego z ukosa, szeptały coś między sobą i chichotały. Kiedy popatrzył na nie, zaśmiały się głośno. Zwróciło to także uwagę innych członków grupy oraz przewodnika, który skarcił je wzrokiem.
– Mogłybyście nie przeszkadzać innym w kontemplacji sztuki, jeśli was samych, to nie interesuje! – napomniał je szorstkim tonem zgorszony ich niefrasobliwym zachowaniem wobec świętości przybytku sztuki.
Rzeźbiarz poczuł się nieswojo i głupio, jakby go nagle obnażono. Zdenerwował się i skierował się ku wyjściu. Przechodząc obok sprawców zamieszania, mruknął dostatecznie głośno, aby go usłyszały: – Głupie siksy.
Reakcja była natychmiastowa. Jedna z dziewcząt, drobniejsza i szczuplejsza, pokazała mu język, przykładając równocześnie kciukami do skroni rozłożone dłonie i poruszając palcami w górę i w dół, tak jak ptak porusza skrzydłami. Bawiło go to do czasu, kiedy zauważył, co robi jej koleżanka. Ta wysunęła jedną nogę do przodu, drugą nieco cofnęła nieco, zgięła ręce w łokciach, a na koniec zrobiła trudną do opisania minę. Wyraźnie go parodiowała. Dziewczyny czuły się w swoim żywiole. Widać było to po ich zachowaniu. Robert uznał, że czegokolwiek by nie zrobił czy nie powiedział, cały czas będzie na przegranej pozycji. Wycofał się więc bez słowa i poirytowany ruszył ku drzwiom wyjściowym.
Z ławki stojącej pod ścianą Sali Okrągłej scenę tę obserwowała para turystów. Było to starsze japońskie małżeństwo, których wiele przyjeżdża na krótki pobyt do Australii. Nie rozumieli, o co konkretnie chodzi w rozgrywającej się na ich oczach pantomimie, ale podejrzewali, że była to jakaś forma spontanicznej zabawy.
– Młodzi są zawsze tacy sami, czy tu, czy u nas w kraju. Wszystko ich bawi, radość jest treścią ich życia. Czy nie jest to piękne? – kobieta zwróciła się do męża.
Pytanie pozostało bez odpowiedzi. Milczała chwilę, potem powoli odwróciła twarz w kierunku posągu Dawida i spoważniała.
Mimo niesmaku wywołanego incydentem Robert był bardzo zadowolony z wizyty w muzeum. Udało mu się wreszcie znaleźć klucz do zagadki, którą sam sobie wcześniej zadał. Wiedział już, jak będzie wyglądać jego rzeźba. Miał jasny cel przed sobą.
* * * * *
Rzeźbiarskie warsztaty plenerowe w Alawerze odbywały się regularnie każdego roku i miały już za sobą wieloletnią tradycję. Kolejny plener, zwany jesiennym, z uwagi na porę roku, reklamowany był pod hasłem „Rzeźba Figuratywna na Otwartej Przestrzeni”. Był to najważniejszy plener roku, jeden z najbardziej znanych w kraju. Samo w nim uczestnictwo było swego rodzaju wyróżnieniem, przypadającym w udziale wybrańcom. W ostatnich latach w plenerach alawerskich coraz częściej uczestniczyli rzeźbiarze z zagranicy.
Większość zainteresowanych zapisywała się na plener z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Niektórzy rezerwowali miejsce nawet rok wcześniej, bezpośrednio po zakończeniu bieżącego warsztatu. Lista uczestników była zamykana z reguły nie później niż dwa miesiące przed rozpoczęciem zajęć. W przypadku dużej ilości zgłoszeń ostateczną listę sporządzano komisyjnie, kierując się ustalonymi wcześniej kryteriami. Liczyły się przede wszystkim pozycja i dorobek zawodowy oraz proponowany temat pracy. Czasem ustalano dodatkowe kryteria kwalifikujące.
Robert odszukał stronę internetową Centrum Rzeźby Współczesnej. Nie było to trudne, wyszukiwarka Google wyrzuciła ją na pierwszej pozycji.
– Najpierw trzeba rozejrzeć się w sytuacji – mruknął do siebie.
Witryna internetowa Centrum okazała się bardzo dobrze zrobiona. Strona główna i podstrony ładowały się szybko, a całość była przejrzysta i łatwa w nawigacji. Co ważne, treść była bardzo starannie opracowana tekstowowo i graficznie. „Widać, że znają się na rzeczy” – doszedł do przekonania po przejrzeniu kilku z nich.
Cenił dobre strony internetowe poświęcone sztuce rzeźbiarskiej. Pobudzały jego wyobraźnię i poczucie estetyki. Lubił oglądać rzeźby w Internecie, czytać ich opisy i historie powstania oraz poznawać źródła inspiracji. Było to jak obcowanie z innymi artystami, ich pasjami, namiętnościami i niepokojami. Sam nie szukał już inspiracji. W głowie miał gotowy projekt monumentu. Czuł tylko niepewność, czy uda mu się zapisać na dobry warsztat rzeźbiarski.